niedziela, 15 marca 2015

Psycholog na lotnisku

Czy psycholog może przemycić coś groźniejszego, od własnej wiedzy i mechanizmów obronnych?

Cześć! To ja – Stweardessa. Dzisiaj rozpoczynam serię felietonów na temat lotnictwa z punktu widzenia studentki psychologii i pasjonatki lotnictwa zarazem. Zapraszam Was na pokład pełen tekstów z przymrużeniem oka i historii z mojego „lotniczego życia”. Boarding rozpoczynam wtedy, kiedy w swoim studenckim życiu znajdę czas żeby coś dla Was napisać. Postaram się, żeby odbywało się to możliwie często! Miejsc starczy dla wszystkich! Zanim jednak odlecimy przyjrzyjmy się życiu na terenie lotniska… W momencie, kiedy wchodzę na teren terminala, mam wrażenie, ze znajduję się w innym świecie. Dlatego zanim przejdę to zgłębiania psychologicznych aspektów samego aktu latania zajmę się poszczególnymi przygodami, jakie mogą nas spotkać na samym lotnisku. Dzisiaj skupię się na kontroli bezpieczeństwa fachowo zwanej security. Usiądźcie wygodnie i zanurzcie się w jakże ambitnej lekturze… To zaczynamy…

Latam dużo, więc równie często poddaję się kontroli bezpieczeństwa. Już w tym momencie mamy zagadnienie stricte psychologiczne. Poddawanie się kontroli – cóż za straszna rzecz. Na chwilę to ktoś kontroluje sytuację a nie ja. Muszę zdjąć buty, sweter, pasek od spodni, kolczyki, okulary etc. etc. Mój bagaż jest prześwietlany jakbym była co najmniej była przemytniczką czekolady lub innego prozacu! Czuję zagrożenie. Mój układ nerwowy zaczyna szaleć, a w głowie rodzi się milion scenariuszy… Dobra starczy! Boże słodki… Kontrola jak kontrola. To (podobno) dla mojego bezpieczeństwa. Jest jednak coś, co w kontroli bezpieczeństwa irytuje mnie do granic możliwości. Pojemność płynów, które możemy wnieść. Dlaczego nie mogę wnieść półlitrowej butelki wody kupionej w Biedronce za 40gr, tylko muszę bulić 7zł za tą samą wodę w sklepie w strefie bezcłowej? Nie będę się nad tym rozwodzić, bo zajęłoby mi to pół dnia. Jedyne, co na ten temat powiem to: Ameryko! Dziękujemy! Ciekawe, co może oznaczać moja frustracja? Może to przejaw jakiegoś mechanizm obronnego? Albo objaw borderline? Chyba boję się wnikać… Dobra idźmy dalej. Tak więc stoję w kolejce do magicznej bramki, roboczo nazwijmy ją wrotami czasu… Czuję się nieswojo. Moje Id każe mi uciekać, ale Superego każe dzielnie stawić czoła wyzwaniu, jakim jest przejście przez wrota czasu. Czas odłożyć na taśmę telefon – teraz czuję się całkiem naga. Jednak racjonalizuję sobie sytuację. Anno Freud, Mistrzu mój! Dzięki Ci za odkrycie mechanizmów obronnych! Dzięki Tobie nawet z tchórza można zrobić bohatera narodowego! Racjonalizuję sobie sytuację. Tłumaczę swojemu wewnętrznemu ja, że tyle razy już to przechodziłam i nie jestem laikiem! Moja pewność siebie rośnie do rozmiarów, co najmniej Kasprowego Wierchu! Zadowolona i bardzo pewna siebie przechodzę przez bramkę… i nagle słyszę złowrogi pisk.. Z ust wyrywa mi się niezbyt pochlebne słowo. Nieświadomie pogarszam swoją sytuację. Moja pewność siebie znalazła się na poziomie podłogi. Za wszelką cenę staram się nie tracić rezonu, ale gdy podchodzi do mnie celniczka w rękawiczkach w teletubisie mam ochotę uciekać najdalej jak się da (kto ulicha daje celnikom takie rękawiczki?!). Jak taka osoba może dotykać mnie-znawcę lotnictwa i schematów działania lotnisk? Stosuję jednak reakcję upozorowaną i mimo odczuwanej wściekłości i dyskomfortu, z uśmiechem na twarzy mówię „Proszę czynić swoją powinność. Rozumiem wszystko”. Znowu postanawiam użyć mechanizm obronny (z tego miejsca pragnę podziękować swojej niewidomości, że działa niezawodnie i uruchamia owe mechanizm zawsze wtedy, gdy tego potrzebuję) i wypieram fakt, że właśnie dotyka mnie szczupła blondynka w rękawiczkach w teletubisie (a fe!). W momencie, gdy z kieszeni spodni wyciąga papierki po cukierkach czuję, jak moja twarz płonie ze wstydu. Pani celnik zachowuje jednak powagę i obmacuje mnie dalej. Znowu mam ochotę uciec. Jednak zajmuję się czym innym i liczę guziki w koszuli całkiem przystojnego pana celnika stojącego naprzeciwko mnie. Co to może oznaczać? Kolejny mechanizm obronny zwany sublimacją. Myślę jednak, że Freud poszedłby dalej w interpretacji mojego zachowania i stwierdził, że tak naprawdę mam ochotę zerwać koszulę z celnika i spełnić z nim swoje fantazje erotyczne na oczach wszystkich ludzi. Ach, ta psychoanaliza! Wróćmy do mojej kontroli osobistej. Mam wrażenie, że trwa to wieki. W głowie mam tysiące myśli między innymi zastanawiam się co o moim zachowaniu w tej sytuacji powiedziałby mój ukochany prowadzący zwany wśród braci studenckiej Januszem. Dochodzę do strasznych wniosków. Według niego moje zachowanie na pewno świadczy o głęboko zakorzenionym narcyzmie (nigdy więcej nie będę pewna siebie przechodząc przez bramkę kontroli), a także zapewne o symptomach borderline (próba ucieczki jako alienowanie i reakcje afektywne)... Freudzie jak mam żyć po przeżyciu takiej traumy? Jak żyć? Dobra starczy! W sumie nie powinnam być zaskoczona, że bramka zadzwoniła… Bardzo często mi się to zdarza. Co zawsze bawi moich współpasażerów. Jednakże nie zaliczam się do miłośników kontroli osobistej! Warto jednak wiedzieć, że istnieje taka grupa! Niektórzy specjalnie zostawiają metalowe przedmioty w kieszeniach spodni, aby poddać się (nie)wątpliwej przyjemności jaką jest obmacywanie prze piękną panią celnik. Jedyne co może niszczyć komfort psychicznych delikwenta są podejrzliwe spojrzenia mniej urodziwych panów celników którzy zapewne woleli by być na miejscu obmacywanego. Wujek Zigi na pewno połączyłby to z jakimś dramatem z dzieciństwa, z jakim? Pozostawię to Waszej wyobraźni… Moja kontrola osobista kończy się. Pani celnik kwituje to słowami „To pewnie biustonosz pani dzwonił”. Ku mej rozpaczy mówi to na tyle głośno, że słyszy to wiele osób poza mną. Tanatos wobec pani celnik jest na tyle silne, że z trudem powstrzymuję się, żeby nie powiedzieć tej kobiecie czegoś złośliwego i niesympatycznego. Zraniona do głębi wkładam buty i sweter. W międzyczasie szybko wkładam do ust cukierka. To na pewno fiksacja na fazie oralnej i przejaw zajadania problemów (dziwne, że jeszcze nie ważę stu kilogramów!). Pakuję wszystko do plecaka i szybko uciekam z miejsca tortur… Szybko wchodzę na ruchome schody, które niczym wehikuł czasu przenoszą mnie w inną rzeczywistość – strefę wolnocłową lub jak kto woli – duty free zone… O tym jednak napiszę w następnym odcinku serialu roboczo nazwanego „50 shades of flying.

Do zobaczenia,


Stweardessa

poniedziałek, 2 marca 2015

Psychologia wg działu HR

Na rozmowę o pracę przychodzą ludzie zarówno w różnym wieku, jak i w różnym stanie owłosienia na twarzy. Pomysł: Leance. Rysunek: D.Max