| Czy psycholog może przemycić coś groźniejszego, od własnej wiedzy i mechanizmów obronnych? |
Cześć! To ja – Stweardessa.
Dzisiaj rozpoczynam serię felietonów na temat lotnictwa z punktu widzenia
studentki psychologii i pasjonatki lotnictwa zarazem. Zapraszam Was na pokład
pełen tekstów z przymrużeniem oka i historii z mojego „lotniczego życia”. Boarding
rozpoczynam wtedy, kiedy w swoim studenckim życiu znajdę czas żeby coś dla Was
napisać. Postaram się, żeby odbywało się to możliwie często! Miejsc starczy dla
wszystkich! Zanim jednak odlecimy przyjrzyjmy się życiu na terenie lotniska… W
momencie, kiedy wchodzę na teren terminala, mam wrażenie, ze znajduję się w
innym świecie. Dlatego zanim przejdę to zgłębiania psychologicznych aspektów
samego aktu latania zajmę się poszczególnymi przygodami, jakie mogą nas spotkać
na samym lotnisku. Dzisiaj skupię się na kontroli bezpieczeństwa fachowo zwanej
security. Usiądźcie wygodnie i zanurzcie się w jakże ambitnej lekturze… To
zaczynamy…
Latam dużo, więc równie często poddaję
się kontroli bezpieczeństwa. Już w tym momencie mamy zagadnienie stricte
psychologiczne. Poddawanie się kontroli – cóż za straszna rzecz. Na chwilę to
ktoś kontroluje sytuację a nie ja. Muszę zdjąć buty, sweter, pasek od spodni,
kolczyki, okulary etc. etc. Mój bagaż jest prześwietlany jakbym była co najmniej
była przemytniczką czekolady lub innego prozacu! Czuję zagrożenie. Mój układ
nerwowy zaczyna szaleć, a w głowie rodzi się milion scenariuszy… Dobra starczy!
Boże słodki… Kontrola jak kontrola. To (podobno) dla mojego bezpieczeństwa.
Jest jednak coś, co w kontroli bezpieczeństwa irytuje mnie do granic
możliwości. Pojemność płynów, które możemy wnieść. Dlaczego nie mogę wnieść
półlitrowej butelki wody kupionej w Biedronce za 40gr, tylko muszę bulić 7zł za
tą samą wodę w sklepie w strefie bezcłowej? Nie będę się nad tym rozwodzić, bo
zajęłoby mi to pół dnia. Jedyne, co na ten temat powiem to: Ameryko! Dziękujemy!
Ciekawe, co może oznaczać moja frustracja? Może to przejaw jakiegoś mechanizm
obronnego? Albo objaw borderline? Chyba boję się wnikać… Dobra idźmy dalej. Tak
więc stoję w kolejce do magicznej bramki, roboczo nazwijmy ją wrotami czasu…
Czuję się nieswojo. Moje Id każe mi uciekać, ale Superego każe dzielnie stawić
czoła wyzwaniu, jakim jest przejście przez wrota czasu. Czas odłożyć na taśmę
telefon – teraz czuję się całkiem naga. Jednak racjonalizuję sobie sytuację. Anno
Freud, Mistrzu mój! Dzięki Ci za odkrycie mechanizmów obronnych! Dzięki Tobie
nawet z tchórza można zrobić bohatera narodowego! Racjonalizuję sobie sytuację.
Tłumaczę swojemu wewnętrznemu ja, że tyle razy już to przechodziłam i nie
jestem laikiem! Moja pewność siebie rośnie do rozmiarów, co najmniej Kasprowego
Wierchu! Zadowolona i bardzo pewna siebie przechodzę przez bramkę… i nagle
słyszę złowrogi pisk.. Z ust wyrywa mi się niezbyt pochlebne słowo.
Nieświadomie pogarszam swoją sytuację. Moja pewność siebie znalazła się na
poziomie podłogi. Za wszelką cenę staram się nie tracić rezonu, ale gdy
podchodzi do mnie celniczka w rękawiczkach w teletubisie mam ochotę uciekać
najdalej jak się da (kto ulicha daje celnikom takie rękawiczki?!). Jak taka
osoba może dotykać mnie-znawcę lotnictwa i schematów działania lotnisk? Stosuję
jednak reakcję upozorowaną i mimo odczuwanej wściekłości i dyskomfortu, z
uśmiechem na twarzy mówię „Proszę czynić swoją powinność. Rozumiem wszystko”. Znowu
postanawiam użyć mechanizm obronny (z tego miejsca pragnę podziękować swojej
niewidomości, że działa niezawodnie i uruchamia owe mechanizm zawsze wtedy, gdy
tego potrzebuję) i wypieram fakt, że właśnie dotyka mnie szczupła blondynka w
rękawiczkach w teletubisie (a fe!). W momencie, gdy z kieszeni spodni wyciąga
papierki po cukierkach czuję, jak moja twarz płonie ze wstydu. Pani celnik
zachowuje jednak powagę i obmacuje mnie dalej. Znowu mam ochotę uciec. Jednak
zajmuję się czym innym i liczę guziki w koszuli całkiem przystojnego pana
celnika stojącego naprzeciwko mnie. Co to może oznaczać? Kolejny mechanizm
obronny zwany sublimacją. Myślę jednak, że Freud poszedłby dalej w
interpretacji mojego zachowania i stwierdził, że tak naprawdę mam ochotę zerwać
koszulę z celnika i spełnić z nim swoje fantazje erotyczne na oczach wszystkich
ludzi. Ach, ta psychoanaliza! Wróćmy do mojej kontroli osobistej. Mam wrażenie,
że trwa to wieki. W głowie mam tysiące myśli między innymi zastanawiam się co o
moim zachowaniu w tej sytuacji powiedziałby mój ukochany prowadzący zwany wśród
braci studenckiej Januszem. Dochodzę do strasznych wniosków. Według niego moje
zachowanie na pewno świadczy o głęboko zakorzenionym narcyzmie (nigdy więcej
nie będę pewna siebie przechodząc przez bramkę kontroli), a także zapewne o
symptomach borderline (próba ucieczki jako alienowanie i reakcje afektywne)...
Freudzie jak mam żyć po przeżyciu takiej traumy? Jak żyć? Dobra starczy! W
sumie nie powinnam być zaskoczona, że bramka zadzwoniła… Bardzo często mi się
to zdarza. Co zawsze bawi moich współpasażerów. Jednakże nie zaliczam się do
miłośników kontroli osobistej! Warto jednak wiedzieć, że istnieje taka grupa!
Niektórzy specjalnie zostawiają metalowe przedmioty w kieszeniach spodni, aby poddać
się (nie)wątpliwej przyjemności jaką jest obmacywanie prze piękną panią celnik.
Jedyne co może niszczyć komfort psychicznych delikwenta są podejrzliwe
spojrzenia mniej urodziwych panów celników którzy zapewne woleli by być na
miejscu obmacywanego. Wujek Zigi na pewno połączyłby to z jakimś dramatem z
dzieciństwa, z jakim? Pozostawię to Waszej wyobraźni… Moja kontrola osobista
kończy się. Pani celnik kwituje to słowami „To pewnie biustonosz pani dzwonił”.
Ku mej rozpaczy mówi to na tyle głośno, że słyszy to wiele osób poza mną.
Tanatos wobec pani celnik jest na tyle silne, że z trudem powstrzymuję się,
żeby nie powiedzieć tej kobiecie czegoś złośliwego i niesympatycznego. Zraniona
do głębi wkładam buty i sweter. W międzyczasie szybko wkładam do ust cukierka.
To na pewno fiksacja na fazie oralnej i przejaw zajadania problemów (dziwne, że
jeszcze nie ważę stu kilogramów!). Pakuję wszystko do plecaka i szybko uciekam
z miejsca tortur… Szybko wchodzę na ruchome schody, które niczym wehikuł czasu
przenoszą mnie w inną rzeczywistość – strefę wolnocłową lub jak kto woli – duty
free zone… O tym jednak napiszę w następnym odcinku serialu roboczo nazwanego
„50 shades of flying.
Do
zobaczenia,
Stweardessa
Bardzo fajnie napisane. Jestem pod wrażeniem i pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńŚwietnie napisany artykuł. Mam nadzieję, że będzie ich więcej.
OdpowiedzUsuńJa jestem zdania, że czasami faktycznie warto jest udać się psychologa jeśli nasz stan znacząco się pogorszył. Ja również często odwiedzam gabinet psychologa https://dominikhaak.pl/ i jestem zdania, że od razu w lepszym nastroju od niego wychodzę.
OdpowiedzUsuń